wlasnie sie zagubiam w krainie kolorów

Sztalugi na jakiś czas zostawiam, by popląsać trochę po krainie kolorów, by zaczerpnąć intensywnej barwy curry… zapraszam:

https://transasjago.wordpress.com/

kraina currym pachnąca

kraina currym pachnąca

Reklamy

Post-Majowy

W Dzień Świętego Walniętego zapraszam do innego ‚mieszkania’… trochę przemalowanego:

http://carajaggio.wordpress.com/

                                                                                                                                          cara Jaggio

caravaggio_sleeping_cupid

Rachunek sumienia

Do 21 grudnia brakuje 21 minut. Wszystko mi się jakoś ostatnio pokończyło. Teraz czekam już tylko na koniec świata. 

Gdzieś w kosmicznej czaso-przestrzeni, jakiś Maj do Maja właśnie szepcze do ucha:

„No, w końcu!”I jest Bomba!

Jak dla mnie Bomba! Czytałeś? – toś Tromba!

                                                                                            Pisała jaGomba

Ješli tylko ješli tylko chcesz…

Kiedy wstępowałem na pokład Federico w Buenos Aires, miałem za sobą 23 lata 226 dni Argentyny (obliczyłem), a ze sobą, w walizce, skrypt nieukończonej powieści, „Kosmosu”.

                                                                       Gombro: „Testament. Rozmowy z Dominique de Roux”

Już nie pamiętam mojego pierwszego wrażenia na temat Buenos Aires. Bardzo dobrze pamiętam za to to pierwsze związane ze slumsami: pierwsze baraki na horyzoncie, pierwsze wejście do Los Angelitos; pierwsze powroty ‚Inną taksówką’ do miasta pachnącego jaśminem za dnia i tętniącego latynoskim disco w rozbuchanej neonami nocy. Pamiętam moralną zgagę. Czy człowiek może się na coś takiego uodpornić? Czy ja się w międzyczasie uodporniłam na tyle, by nie widzieć ich tak jak na początku: na granicy nie tyle fizycznego co moralnego ubóstwa?

Pojechałam tam po odpowiedzi, i je dostałam. Po drodze napatoczyło się parę wniosków, które nie nadają się do opublikowania na jakichkolwiek medialnych łamach XXI wieku, więc nie będę.

Jedno tylko uciska mi krtań więc odchrząknę: ubóstwo ma w sobie coś z godności – wielkiej godności – dzieci, choćby te najuboższe, nosiły się nienagannie: schludne ubranie, umyte lśniące włosy..

Jakby upadek moralny w villas dało się zmyć wodą…

Jakby godność zeszmaconą przez gwałcone matki i ojców bandytów można było wyczyścić gąbką…

Jakby niewinność dziecka, które jeszcze nie wie, że życie już wydało na niego wyrok, mogła zmyć wszystkie krzywdy, które w dorosłym życiu wyrządzi innym lub których sam dozna…

Jakby te krzywdy, jeszcze nieuświadomione, można było zmyć mydlaną pianą…

Być może to wszystko ‚można’, jak się ma w sobie pokorę. Pokora mieszka w villas. Znalazłam ją, uszczknęłam kawałek i spakowałam do walizki. Ale tylko kawałek. Całej chyba nigdy w sobie nie odnajdę – za dużo w świecie drwiącego ze sprawiedliwości absurdu, z którym nie mogę się zgodzić. Więc za mało we mnie na nią miejsca.

***

Kiedy wstępowałam na pokład Iberii na lotnisku w BAires, miałam za sobą 90 dni Argentyny (przepisy imigracyjne obliczyły za mnie), a ze sobą, w walizce, skrypt nieukończonego bloga, „transatlantiGo”. I kawałek pokory.

'Kiedy istnieją dobre chęci...'

These are the days of the open hand
They might just be the last
Look around now
These are the days of the beggars and the choosers
This is the year of the hungry man
Whose place is in the past
Hand in hand with ignorance
And legitimate excuses
The rich declare themselves poor
And most of us are not sure
If we have too much
But we’ll take our chances
‚Cause God’s stopped keeping score
I guess somewhere along the way
He must have let us all out to play
Turned his back and all God’s children
Crept out the back door
These are the days of the empty hand
Oh, you hold on to what you can
And charity is a coat you wear twice a year

This is the year of the guilty man
Your television takes a stand
And you find that what was over there is over here
So you scream from behind your door
Say what’s mine is mine and not yours
I may have too much but I’ll take my chances
‚Cause God’s stopped keeping score
And you cling to the things they sold you
Did you cover your eyes when they told you
That he can’t come back
‚Cause he has no children to come back for
It’s hard to love there’s so much to hate
Hanging on to hope when there is no hope to speak of
And the wounded skies above say it’s much too late
So maybe we should all be praying for time

                                                                                                                                                         George Michael

Abrazando Buena Noche y… Buen Aire

Moje dzisiejsze zastosowanie nieprzerwanego strumienia świadomości – w Waszym pojęciu ‚jaGombowych skrótów myślowych’ – mam nadzieję nikogo nie zdziwi i nie obrazi. Pocieszam: jeśli nie zrozumiecie nic, dziś nie będziecie sami, będziecie w większości:)

…chronologicznie w równoważnikach zdań odzieram się z emocji: żarem jak obuchem po głowie. kupno jajek na rogu. jaja w gazecie trudno znaleźć. powrót. ciężkie drzwi otwarte mi przez Ricarda Darin „Pasa, pasa.” niezmierzony błękit oczu. smażenie naleśników. dżem rurka nóż kopytka. rustykalne drewno stołu. quitarra y ‚maravilla de la pared‚. głos Darin’a zza ściany. obościenny śmiecho-chich zarejestrowany na filmowej taśmie. ok el punto 3 me gusta mucho. pakowanie walizy. zimny wiatr a ja zbyt lekko ubrana. esquina Cordoba y Corrienetes. Paseo Zelaya w objęciach Nocy muralowe-nutki i zakapeluszona Gemba Gardela. Muzyka i cisza zarazem Cisza przed burzą Abasto w oddali zapalenie pęcherza z bliska. oczekiwanie na 29…. abrazandose con Buena Noche y… Buen Aire🙂 Belgrano-Chinatown kelnerka rodem z chińskiego Wehrmachtu. dobre jedzonko dobry Malbec San Telmo zbyt dobry zbyt Słodki wierszyk na dos pesos. ociągająca się pogoń za 29. W objęciach Nocy powrót. stukot sandałów o chodnik i szlochu w pustej klatce piersiowej_______________________________________________

                                                                                              dedicado a Buena Noche… y Buen AireWIR wiatr aire Buen Aire

„Buenos, I love you”

Palacio Aguas mam 2 kroki od 'domu'

Wczorajszy wieczór zapoczątkował maraton nocnych peñii: wczoraj byliśmy w Alto Palermo na bardzo kameralnym koncercie chacarerotanguery i tym podobnych, w miejscu cokolwiek wybrakowanym we wszystkim innym poza muzyką: z empanad zostały tylko te z mięsem; z piw, tylko Quilmes Cristal; z alkoholi, zero rumu, tylko wódka. Wszystkie te niedobory zostały zrekompensowane ciepłą rozmową, np. o kształcie księżyca w zależności od półkuli; śmiechem i ‚sekretnym kodem niektórych rozmówców,’ oraz szturchaniem się pod stołem.

Dziś ostatkami sił, bynajmniej nie fizycznych, lecz emocjonalnych zwiedziłam el Palacio de las Aguas – coś na kształt Stowarzyszenia Wodociągowego, które to zdaje się mieć swą siedzibę w jednym z najbardziej dostojnych budynków BA. Jedna z ostatnich mych miłych przechadzek w 35-stopniowym upale w samo południe, zakończona przy kramiku z bransoletkami wdzięcznym pozdrowieniem sprzedawcy: „Ojala’ nena!” Nie widział moich łez. Zdążyłam na pięcie się odwrócić.bohema la Clac

Dziś pożegnanie z murami biura LIFE, wspólny z innymi koordynatorkami comedores przemarsz avenidą Santa Fe, przez plac Tribunal aż do avenida de Mayo, gdzie w restauracji „la Clac” czekał na nas teatralny klimat argentyńskiej bohemy. Także w menu, gdzie natknąć się można na danie pt. „Baby I love you” 🙂 Co zapamiętam? Kurczaka na miodzie w sosie sojowym z Malbec’iem i juegos colectiveros – ‚autobusowe gierki’ – niekończące się wyczekiwanie na autobus w uroczej aurze księżycowej poświaty i rozgrzanej jeszcze słońcem kostki brukowej.

I te koszmary. Zaczęło się…

Deptanie po piętach

pięty pięty piętyDobrze, że się nie da Gombra zadeptać na śmierć. Gdyby nie to, że w tym temacie jest już cokolwiek „musztarda po obiedzie,” to bym dziś zadeptała jego pięty na amen. Gorzki poranek i przedsmak bliskiego pożegnania z tym miastem Bacacay & jaGombaw ustach postanowiłam zgubić na ulicy Bacacay w dzielnicy Flores – tu w 1939 prosto z pokładu „Chrobrego” swe kroki skierował Gombrowicz. Niestety nie udało mi się dojść, pod którym numerem, ale uliczka Bacacay w okolicy stacji Flores rozciąga się na długość jakichś 9 przecznic, które obfotografowałam w te wewte i z powrotem, być może nieświadomie przechodząc pod oknami jego dawnego domu.

Później już było łatwiej, gdyż od 1940 pisarz lokuje się w obrębie ‚ścisłego’ centrum, jeśli w ogóle o takim można w BA mówić. Dla mnie ‚ścisłe’ to takie, które można przejść piechotą… mniejsza o to, że piechotą przemierzam całe kilometry, ale fakt faktem, że do Flores czy la Boki na pieszo chyba bym się nie wybrała;) Kolejnym więc przystankiem był, dziś już opuszczony, dostojny conventillo El Palomar. el Palomar - dekadencka BombaDrastyczne to zderzenie – taki budynek w najbardziej ekstremalnej odsłonie swego dekadentyzmu, w sercu najbardziej żywotnej ulicy Buenos, avenidy Corrientes. Ciśnie mi się na usta jeden tylko wyraz, za którego przesadną częstotliwość wypowiadania jakiś czas temu płaciłam ‚karne’; no ale muszę, ‚bo inaczej się uduszę’: „niessssamowite”!

Wraz z kolejnymi przeprowadzkami Gombra, na ulicę Tacuari 242 w 1942, do hotelików w których pomieszkuje przy ulicy Bartolome Mitre 1100 czy na avenida de Mayo do 1945 schodzimy w dół Buenos Aires, nieubłaganie zbliżając się do adresu, pod którym autor spędzi resztę swego pobytu w BA. Niestety, mimo, a może właśnie dlatego, że posiadam precyzyjne adresy w/w miejsc, jestem w stanie przyznać, że w realnej przestrzeni miasta owych miejsc już nie ma. Pod adresem B. Mitre w tej chwili mieści się estacionamiento – czyli garaż jakich setki w tym zatłoczonym mieście; Klaryski Tromby Kapucynkipod Tacuari 242 wybudowano olbrzymi kompleks wieżowców Hotelu Intercontinental, a mimo to, ze środka tej surrealistycznej przestrzeni wygląda wieża kościoła S.J.Bautisty z oazą ogrodu i przyklasztornych budynków zakonu Klarysek Kapucynek, które objęły pieczę nad kościołem w 1754 roku. Bardziej niż szum wiatru świszczący między wysokimi budynkami Intercontinental, słychać tu śpiew ptaków i cykanie… czegoś na kształt włoskich cykad… pewnie w 1944 też tu były, w odróżnieniu od tych wieżowców, więc słyszał je pewnie też i Gombro…

Gombrowicza meta 1945 pokrywa się z tą moją, jaGombową 2012 – calle Venezuela 615.Venezuela 615

Co widzę? Widzę narożny szary jednopiętrowy budynek, z pojedynczymi wąskimi balkonikami o prosto skrojonych żelaznych balustradach. Przy drzwiach wejściowych tablica: „En este solar de Venezuela…. vivio’ el gran escritor polaco…” Zaglądam przez brudną szybę – marmurowe schodki prowadzą w górę klatki schodowej, wokół której w ślimaka skręca się poręcz…

Naciskam klamkę. Zamknięte.

Co czuję? Czuję nostaligiczny powiew pampero, witający statki w puerto Madero… ale czuję też spokój, wewnętrzne przyzwolenie na to, żeby na chwilkę w moim życiu się zatrzymać, usiąść na marmurowej ławeczce małego placyku przy Peru y Venezuela, by wystawić mordę na Słońce i por un ratito nie myśleć już nic…

Bo mi się właśnie spełniło marzenie, które lata temu zakopałam gdzieś bardzo głęboko w zwojach myślowych, kiedyś tak odległe i nierealne, dziś dotknięte, zwłaszcza tą stopą, którą do reszty zdeptałam próg przy Venezuela 615.

A nuż nadepnęłam mu na piętę!OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Na koniec yerba mate

I znów niedziela, tym razem ostatnia. Mercado San Telmo po raz ostatni. Po raz ostatni przejdę się brukowanymi uliczkami w ścisku zagranicznych turystów i lokalnych kramikarzy. Po raz ostatni będą mnie nagabywać, bym kupiła portfeliki, rzemyki, szlachetne kamienie, yerba mate… Po raz ostatni na żywo usłyszę kapelę wygrywającą współczesne tango (zakupię sobie CD, żeby móc to odtworzyć w temperaturze -10 stopni z herbatą z prądem w ręku). cuerpos hermososPo raz ostatni stanę się biernym uczestnikiem parady hipisowskiego odłamu aktywnych paradujących w bieliźnie przy akompaniamencie bębnów i okrzyku: „Tu cuerpo es hermoso, muestralo!” Po raz ostatni w zaułku Casy Minimy zapomnę się w brazylijskim rytmie bębnów i rozbujanych bioder.

Siądę w cieniu pijanych drzew – arboles borrachos – w parku Lezama; zrobi mi się zimno, więc pójdę zasmakować – w końcu – yerba mate w przytulnym mieszkanku znajomego, w dostojnej kamienicy, w której za parę dni Ricardo Darin we własnej osobie, trzymając w ręku bukiet kwiatów, przywita mnie miękkim choć zmieszanym: „Hola…” Dobrze, że smak yerba mate zagłuszę prażonymi solonymi nerkowcami, bo inaczej byłby kłopot, choć wraz ze stopniowym rozwodnieniem tegoż trunku, coraz lżej się przez tę rurkę wciągało.

Uliczką Defensa na san-telmowy deptak wrócę raz jeszcze, tym razem zwabiona zapachem szpinakowego curry. chyba wolę kawę;)I będzie dobrze skończyć ten dzień pyszną indyjską kolacją, ale jeszcze lepiej będzie go skończyć wielgachnym mojito w barze przy avenida Brasil 464, gdzie na prośbę barmana polskim rockiem przeniosę się do Polski… Słuchać T Love i Kaśki Nosowskiej w Argentynie to naprawdę przedziwne uczucie…

…We wrześniu nie przyszłoby mi do głowy, że za 3 miesiące będę prowadzić intelektualne rozmowy o Kubie, socjalizmie, biedzie, i okrutnej przepaści między tą a bogactwem, a wszystko to z rdzennym Argentyńczykiem, muzykiem Fabianem, który zjeździł świat cały, i też zna el Bombo:)

NAJ, NAJ… na šwiecie

Stwierdzenie, że ‚w tym mieście ZAWSZE się coś dzieje’ wydaje mi się często naciągane, jednak w przypadku Buenos Aires wydaje mi się dla odmiany bardzo wiarygodne. I tak na przykład teraz odbywa się tydzień jazzu, a ja tak na przyład jazz uwielbiam, a że na przykład w tym miejscu na ziemi najchętniej słychać na ulicach bądź co u niektórych kierowców ‚innych’ taksówek Davida Guettę lub zlatynizowane disco, tak więc wybrałam sobie na przykład sobotni wieczór na wsłuchanie się dla miłej odmiany w brzmienie saksofonu, tym razem prześwietne (porównaj z „Noche de los Museos” 😉

Ale zanim do tego doszło, zapragnęłam na przykład wypełnić żołądek czymkolwiek z poleconej przez znajomą restauracji „Piola”. Na nieszczęście nie zapamiętałyśmy adresu precyzyjnie, a precyzja wbrew pozorom będzie miała wielkie znaczenie w ciągu dalszym wieczoru. Otóż okazuje się, że jeśli się zapytać pana kwiaciarza o drogowskaz, to odpowie poczynając troszkę niepewnie ale już kończąc bez najmniejszego cienia wątpliwości: „a tak, ‚Piola’ będzie za 2 przecznice po lewej.” No to w drogę! Tuptu tuptu, druga przecznica a restauracji nie ma!

Pytamy więc panów w przydrożnym kiosku-loterii, wyglądających na tubylców obeznanych w okolicy. Panowie wydają się bardzo oświeceni, dziarsko wnioskując: „Ohoho muszą panie iść calle Callao dłuuuugo dłuuugo, i prooosto prooosto, aż dojdziecie do takiego placu, i tam jest ta ‚Piola’… tylko to jest przy avenida Alvear, a NIE calle Marcelo de Alvear!” No dobrze, to nas przekonało, że ci panowie wiedzą ‚na pewno’ … Po półgodzinnym marszu okazało się, że ‚na pewno’ Coś wiedzieli, ale nie ‚na pewno’! Pytamy więc dwóch sędziwych panów w kiosku: …że pizzeria, że ‚Piola’, że przy avenida Alvear... sanjuanito mniam!Odpowiedź: „Ueeee, to na pewno nie ten Alvear, tylko Marcelo de Alvear”, już zrezygnowane i, nie przymierzając, bardzo głodne pytamy, gdzie tu kuźwa można zjeść. Panowie na to: „Aaaa, jak o to idzie to absolutnie w ‚El Sanjuanino’! To jest dopiero NAJlepsza pizzeria w mieście… i NAJlepsze empanady!!!..”

Dwa razy nie musicie powtarzać – idziemy! I rzeczywiście jest w dobrze wskazanym miejscu, tylko że jakby pizzy nie ma w menu!!! No więc dawaj próbować chociaż te NAJlepsze empanady… 😉

Wniosek tego dnia taki: Pospolitemu porteño bardzo trudno przechodzi przez gardło wyrażenie: „Nie wiem”, a właściwie nie przechodzi w ogóle, ku wielkiemu rozczarowaniu pytających o drogowskaz, którzy z powodu porteñowskiej dumy robią następnie zbędne kilometry:(

A drugi to taki, że w BA wszystko jest NAJ…. na świecie:

9 de julio - najszersza na świecie?:)NAJszersza ulica na świecie – avenida 9 de julio

NAJstarsza galeria handlowa przechodnia – calle Florida

NAJstarszy wieżowiec – dom Kavanagh w barrio Retiro– najwyższa budowla w mieście w chwiloi powstania w 1935.

NAJdłuższa ulica – Rivadavia

NAJstarsza w Argentynie statua konna – Monumento al General San Martin y a los Ejercitos w Retiro

Piramide de MayoNAJstarszy pomnik narodowy Buenos Aires (postawiony w 1811, w 1. rocznicę Rewolucji Majowej) – Piramide de Mayo

NAJstarsza z zachowanych świątyń kolonialnych (1675-1734) – San Ignacio w Microcentro

NAJlepsza fugazzeta (NAJlepsza bo NAJstarsza, tu się miała narodzić)– „Banchero”

NAJstarsza i NAJbardziej elegancka kawiarnia – „Cafe Tortoni”

NAJstarsza pizzeria – „El Cuartito”

itp… itd…

No ale przede wszystkim NAJwspanialszy na świecie stek wołowy – bife de lomo 😀

‚M’ jak murales

Do tego przedsięwzięcia nie skłonił mnie żaden przewodnik. Po prostu, jak się człowiek przez 3 miesiące wgapia w porysowane ściany budynków Baires to, oczywiście, może mu to zbrzydnąć na tyle, że zaczyna poruszać się metrem; ale może też po raz kolejny pochylić się nad ‚innością’ tej kultury i chcieć tę ‚inność’ innym opisać.

Albowiem u nas, jak się na murze wymaluje kolorowego ptaka, czy to w formie dosłownej czy parafrazalnej, to się za graficiarzem będzie biegać tak długo, aż się go wsadzi do aresztu, żeby sciągnąć grzywnę za ‚szkody moralne’ (bo przecież nie estetyczne! – lepszy byłby dla ogólnej atmosfery w Polsce mur kolorowo wymalowany niż szary!)

No więc stworzył się jakiś taki względnie generalny podział na 6 typów murales:

mural – obraz ścienny

rzeźba

witraż

mural ceramiczny, czyli z kafelek

teselas – mozaika aplikowana tak na murze, co na podłodze, jednak z materiału różnego pochodzenia byleby nie ceramicznego, np.:granit, marmur, glina, szkło

mural esgrafiado – jakby graffiti – jakby kombinacja malowidła ściennego z rzeźbą, kolory dodaje się tu na różnych warstwach cementu, tak że raz się zlewają, żeby pote niepodziewanie wyjść w kolejnej położonej warstwie

Nie muszę nadmieniać, że shispanizowaną Argentyną rządzą azulejos, a stąd bardzo polpularne są murale kafelkowe, i to jest jedyny powód, dla którego zwiedziłabym tutejszą linię metra!

Jednak nie bez przyczyny na pierwszym miejscu znajduje się mural, jako obraz ścienny. To od tego właśnie bierze się jego nazwa, bo ten jako swoiste pod-obrazie używa tylko i wyłącznie muru! Sztuka tworzenia murali jest ściśle związana z architekturą, zależna od niej nie tyle  kwestii konserwacji, co bardziej w kwestii jej wizualnego odbioru i efektu. Jest też musowo związana z polityką; i tak jak tworzy nierozerwalną więź z murem, tak może ją tworzyć z chodnikiem, ulicą, i wieloma klatkami schodowymi budynków BA:)

Dość teorii! Choć mogłabym się zagłębiać w najpopularniejszych mistrzów rzemiosła (A.Gandi, J.M.Sert y Badia, Julian Garcia, Diego Rivera, R.Carpani, J.Robirosa, Alonso, Bestard)  i ich kolejnych okresach historycznych i podziałach tematycznych (Belle Epoque, murales mexicanos, combativos, modern) ale chyba trochę mi czas ucieka. Więc teraz będzie już tylko kolorowo.

Pokaz slajdów wymaga JavaScript.

Buenos Aires to raj i szaleństwo murali zarazem. Kto wie, może przez fakt bezsporny, iż tu żyje się tak naprawdę między obrazami, właśnie dlatego żyje mi się tu dobrze…

ps. Nie mogąc podzielić się z Wami większością sfotografowanych murali (musiałabym nimi zakleić całą transatlantiGową ścianę mojego bloga:s) odwołuję do zakładki „czytaj więcej” > „murales” 🙂